Moja znajoma napisała ostatnio przejmujący post o niespełnionych obietnicach i o ludziach, którzy niby są, a tak naprawdę ich nie ma. O „duchach” padających słów i ludziach wpadających w niebyt. O zapewnieniach i deklaracjach składanych może nawet z serca, w dobrej wierze, ale nigdy niezrealizowanych. Czyli obietnicach, które poprawiają samopoczucie deklarującemu, ale ranią głęboko swoim niespełnieniem.
Dziś łatwo mówimy wiele rzeczy, bywamy wręcz wylewni, gadatliwi. Pajacujemy, popisujemy się, przyjmujemy jako swój „modny” sposób bycia, czyli lansowaną otwartość, powszechną akceptację dla wszystkiego i wszystkich, zrozumienie dla różnych poglądów (których często nawet nie rozumiemy) – bo tak wypada, bo inni tak robią, bo tak się teraz żyje. Bo pseudopsychologowie i tzw. celebryci, czyli osoby znane z tego, że są znane, kreują taki sposób bycia, czyli kolejną powszechnie panującą utopię. Działa tu iluzja prawdy: „Kłamstwo powtórzone tysiąc razy staje się prawdą” – na tej zasadzie Goebbels budował propagandę III Rzeszy. I jakiż on był imponująco skuteczny!
Jesteśmy leniwi, nie chce nam się samodzielnie myśleć, łykamy jak pelikany wszelkie prawdy wylewające się z telewizora, sprawdzenie i zweryfikowanie informacji przekracza wydatek energetyczny, do jakiego jesteśmy skłonni. Pozwalamy – na własne życzenie – aby robiono nam wodę z mózgów. Wpadliśmy w pułapkę wiecznego braku czasu, wielozadaniowości, pędzenia za… no właśnie, za czym? Za pieniędzmi? Ok – będziesz miał najbogatszy nagrobek na cmentarzu. Za karierą? Ok – nie ma ludzi niezastąpionych i po prostu na nagrobku napiszą ci „pracownik roku”. Za dobrą kondycją? Ok – będziesz najzdrowszym z pogrzebanych na tym cmentarzu.
No, a do tego wydaje nam się, że skoro wiedza jest dostępna na wyciągnięcie ręki lub raczej kliknięcie w smartfonie, to pojedliśmy wszystkie rozumy. Jednocześnie jesteśmy pozornie anonimowi w internecie. I jak już tam „wpadniemy”, to hulaj dusza, piekła nie ma. Stajemy się mocni w gębie, przekonani o słuszności własnych poglądów i jedynie słusznej linii naszego myślenia. Czubek własnego nosa to najdalsza osiągalna perspektywa percepcji. Wyspecjalizowaliśmy się w niemądrych, obrażających komentarzach, pouczaniu innych, krytykanctwie. A co by się stało, gdybyś po prostu przestał pisać te bzdury, które niczego nie wnoszą do podnoszonego tematu? Co, jeśli przestałbyś karmić swoją duszę tanią satysfakcją w stylu: „ale mu przygadałem”! Co by się stało, gdybyś zobaczył po drugiej stronie człowieka z jego codziennymi kłopotami, chorobami, może samotnego bardziej niż ty sam?
Obiecałeś mamie, że do niej zadzwonisz, ale się nie odzywasz już trzeci tydzień rzekomo dlatego, że nie masz czasu? A ona czeka, martwi się – dla niej jesteś całym światem. Zadeklarowałeś przyjacielowi, że go zawieziesz na ważne badanie, ale podobno nie mogłeś wyrwać się z pracy. Tyle, że on na ciebie liczył, a ty w chorobie przysporzyłeś mu dodatkowych zmartwień. Dałeś słowo znajomemu, że pomożesz mu przy ważnym dla niego projekcie, ale przy pierwszej lepszej okazji wymigałeś się, tłumacząc się kłopotami rodzinnymi. Tymczasem on potrzebował wsparcia i jego serce cieszyło się, że ma takiego dobrego przyjaciela. Z projektem jakoś sobie poradził sam, ale rozczarowanie co do waszej znajomości pozostanie na zawsze.
Może lepiej nie mówić nic, jeśli nie masz do powiedzenia niczego życzliwego? Może po prostu nie podcinaj skrzydeł, jeśli nie jesteś w stanie kogoś wesprzeć? Może nie rań drugiego serca, jeśli nie zamierzasz dotrzymać obietnicy?
Karma wraca. Gdzieś, kiedyś, w najmniej odpowiednim momencie…

Mieszkanka Konstancina-Jeziorny, poszukująca piękna nawet tam, gdzie trudno je odnaleźć.



